jeden dzień w kamperze nad Cieśniną Magellana


w kamperze

To cud! CUD! Siedzę sobie wygodnie i nikt mi nie przeszkadza. Na kolanach mam laptopa, który jest naładowany i działa. Obok stoi kubek z kawą, a w moim brzuchu świeżo połknięte ciasteczka. Jestem wyspana i zaraz zacznę czytać książkę. A w tle Strachy na Lachy. Wow…

Ci bezdzietni pukają się w głowę. Ale mi cud. Ci z dziećmi, zwłaszcza więcej niż jedno, kiwaja ze zrozumieniem głową, ale myślą „trochę przesadza”. Ci z dziećmi w podróży doskonale wiedzą o co mi chodzi 🙂

Bo oto zdarzył się cud – dwoje najmłodszych poszło symultanicznie spać (po godzinnym spacerze w Patagońskich wiatrach i obejrzeniu kolonii pingwinów). Najstarszy synek niedawno dostał paczkę klocków Lego więc spokojnie układa klocki. Andrzej prowadzi auto. Nikt nic ode mnie nie chce. Laptop wreszcie działa bez zarzutów po ostatniej naprawie, choć mamy Win 8 po hiszpańsku. W dodatku jest naładowany, bo w nocy podłączyliśmy się do prądu na stacji benzynowej. Wykorzystałam przerwę w jeździe i szybko ugotowałam wodę na kawę. Mamy wystarczająco cukru i mleka do mojej ulubionej wersji kawy i zjadłam porzucone przez dzieci ciasteczka. Jestem wyspana, bo dziś Andrzej wstawał do Kai i mam ochotę robić tysiąc rzeczy!

Zanim przystąpię do Robinsona Cruzoe, którego czytam po hiszpańsku, a potem opowiadam dzieciakom, napiszę jeszcze posta. Dziś o podróżowaniu we wszytkich kolorach.

No bo jest wiele podróżników z blogami, również dużo podróżujących z dziećmi, ale wydają mi się trochę cukierkowe. Wpisy są cudowne, dzieci są cudowne, świat cudowny. Ale oczywiście tak nie jest. W każdym razie nie zawsze. To nie możliwe.

Dzieci, jak to dzieci, mają swoje humory i psoty. Reagują na zmęczenie w podróży czy na „braki” w podróży. Chłoną wszystko, co dzieje się wokół, a potem to naśladują, choćby w zabawie. Rodzice za to nigdy nie mają „wolnego”. Muszą oprócz „pracy” przy dzieciach wykonywać „pracę podróżnika” – planowanie, organizowanie, naprawianie itp.
Wynikają z tego oczywiste plusy i minusy. Jest wiele super sytuacji – dzieci uczą się przyrody, geografii, geologii, historii, języków obcych i wiele więcej metodą „hands-on”, czyli z tak zwanego „życia”. Przynajmniej ja stram się w każdym ciekawym miejscu przemycić trochę wiedzy, zrobić mały „wykładzik” 🙂

Są też sytuacje kryzysowe, które w gruncie rzeczy też uczą dzieci – jak sobie radzić w takich sytuacjach i że zawsze jest jakieś wyjście. Na przykład psuje nam się auto, brakuje nam mleka, nie mamy jakiegoś ulubionego jedzenia, musimy dotrzeć do jakiegoś celu, musimy znosić niewygody itp. Dzieci pilnie obserwują, czasem doradzają, potem odtwarzają te sytuacje w zabawie.

No ale (i tu będzie minus) są sytuacje, w których nie zawsze zachowujemy się modelowo. Jest kłopot, Andrzej przeklina i zaraz Kacper zna przekleństwa*. Jesteśmy oboje bardzo zmęczeni i zaczynamy się kłócić o „pierdołę” – zaraz dzieciaki zaczynają się bić. Kładę dzieci spać, jestem wykończona i zaczynam na nie krzyczeć z byle powodu. Znacie to?

Inny aspekt – w podróży spotkykamy mnówsto ludzi, ale „na chwilę” – od kilku minut na kilka dni. To dobre, bo dzieci uczą się otwartości, różnowrodności, rozmawiania z wszystkimi w różnych językach. Ale trochę im smutno przy każdym rozstaniu. Zdarza się, że na drugi lub trzeci dzień pytają o osobę, którą wcześniej spotkaliśmy. Tęsknią też ogromnie za babciami i kuzynem Olkiem. Często słyszę – jak wrócimy do Wolbromia, do Babci.. albo „U Olusia zrobię …”.

I jeszcze, aby nie zanudzać kilka innych aspektów.

„Braki” – mamy mały „domek”, mało miejsca, mało zabawek, mało ubrań. Dla mnie to duży plus, uczymy dzieci cierpliwości, akceptacji warunków i dzielenia się (zabawkami, przestrzenią itp). Ale czasem jedno dziecko budzi drugie, czasem popchnie bo przechodzi albo rozwali długo budowaną konstrukcję. Czasem nie ma zabawek albo są brudne ubrania. Życie w podróży..

Choroby – tu widzę, jak na razie same plusy. W pierwszym 1,5 mies. podróży było kilka katarów, przeziębień i biegunek, 2 miesiące temu była złamana rączka Kacperka (gips już zdjęty i rączka funkcjonuje zupełnie ok). Ale od końca drugiego miesiąca podróży nie mamy żadnych problemów zdrowotnych. Ani katarów, ani kaszlów, ani biegunek. Nic. Dzieci są ciągle w zmiennych warunkach i praktycznie cały czas na świeżym powietrzu. Raz na zimnie na wysokości 4 tys. metrów npm, raz na wietrznych nizinach Patagonii, raz na upalnej plaży Ekwadoru. Zadziwiające, nieprawdaż?

I takie to nasze doświadczenia. A teraz mój czas się skończył. Przyszedł Kacperek i chce 1. Pobawić się ze mną, 2. Nalać mu soczku, 3. Zatrzymać się na kupę. No to do roboty!

”””””””””””””””””””””””””
* a propos przekleństw – Kacperek nauczył się, niestey, kilku przekleństw. Będąc w szpitalu ze złamaną ręką był w wielkim stresie, bardzo go bolało. Jak pielęgniarze podchodzili do niego zmienić mu temblak, przenieść na inne łóżko i wreszcie pobrać krew to tak ich wyzywał jak przysłowiowy (wolbromski) szewc. Jakże cieszyłam się, że nie znają polskiego! Cierpiałam razem z Kacperkiem ale nie mogłam powstrzymać się od śmiechu.