Pożegnanie kampera – good bye, Dodżi i historia trzech końców


Dotarliśmy oto do trzech końców. Dojechaliśmy więc na koniec kontynentu, podziwiając najdalej wysunięte kawałki lądu, a potem podążyliśmy w górę Argentyny. To koniec w wymiarze lądowym. Równocześnie w naszej sakiewce z oszczędnościami podróżnymi też widać dno, innymi słowy kończą się pieniążki. Tęsknimy bardzo za rodziną i Polską, i choć widoki oraz przygody są wspaniałe, to jesteśmy już zmęczeni naszą 8-miesięczną wyprawą. No i mamy kupca na auto. Czujemy, że czas wracać.

Tak więc od Półwyspu Valdes, po ostatnich dniach przygód na łonie natury, jedziemy prosto do Chile. W miasteczku Curacautin zostajemy na kilka dni, aby doprowadzić auto do porządku. Musimy je posprzątać, naprawić drobne uszkodzenia, oprać tapicerkę. Musimy też przejrzeć nasze rzeczy, które oczywiście się nagromadziły i pozbyć nadmiaru. Ostatni etap to przygotować dokumentację i dokonać formalności na aduanie chilijskiej.

To były dosyć nerwowe dni. Musieliśmy wszystko dograć na czas, dodatkowo jeszcze zaplanować co dalej. Oczywiście wszystko się udało – Stephan przyjechał, formalności załatwione, kluczyk przekazany. Od tej pory Dodżi będzie woził inną rodzinę – parę z jendym dzieckiem.

Nowa rodzinka do zamieszkania w naszym Dodżim

Ostatnie tłumaczenia i jazda!

Ostatnie tłumaczenia i jazda!

Co nastąpiło dalej? Tego samego wieczoru zarezerwowaliśmy bilety lotnicze do Polski na tydzień później. O powrocie zostali powiadomieni tylko nasi bracia. Babcie zostały celowo wprowadzone w błąd zwodniczym sms-em „już za kilka dni będziemy w fajnym miejscu i pogadamy”. A potem przejazd do Santiago de Chile i ostatnich kilka dni spędzonych na włóczeniu się po galeriach, muzeach, parkach lub byczeniu w hotelu.

relaks w hotelu, kilka dni do powrotu

relaks w hotelu, kilka dni do powrotu

A potem całkiem fajny lot (bo nocny, za wyjątkiem ostatniego): Santiago de Chile – Buenos Aires – Madryt – Kraków. W samolocie z Madrytu do Krakowa Kacperek przysłuchuje się zaskoczony komunikatom i mówi: „Mamo, ta pani mówi po polsku!”. W Krakowie na lotnisku Konradziu rzuca do dzieci z Polski „Hola chicos!”. Uśmiechamy się pod nosem. Wreszcie pojawia się wujek Rafał i zawozi nas prosto pod dom Babci w Wolbromiu. Chłopaki wchodzą pewnym krokiem do sklepu, a Babcia zastanawia się, czy to Deja Vu jakieś. Potem oczywiście serdecznie się witamy i zaczynają się opowieści i wszyscy nie możemy ochłonąć przez resztę dnia…