Kalimera i Minotaur – nasze ferie kartoflane na Krecie


Καλημέρα ! [kalimera], Καλησπέρα ! [kalispera], ευχαριστώ [efraristo], greckie mity i kreteńska natura to nasza nauka wyniesiona z ostatniej wyprawy na Kretę. Mimo, że w sierpniu zwiedziliśmy Litwę, Łotwę i Estonię postanowiliśmy wykorzystać dwa tygodnie ferii jesiennych* na wyprawę na Kretę. Warto było!

Nasza wyprawa okazała się być bardzo owocna jeśli chodzi o relacje rodzinne, wspólne  dogadywanie się co do aktywności, preferencje kulinarne oraz rozwój językowy, o czym wkrótce.

Najfajniejsze jednak były doświadczenia: uwielbiamy różnorodność, tak więc naszą podróż zaplanowaliśmy tak, aby obejmowała przeróżne obiekty i przyjemności:

  • skaliste wybrzeże ze śródziemnomorskim dziedzictwem (resztki krabów, jeżowców i przeróżnych mięczaków morskich)
  • górska chatka z kominkiem i dzikimi kozłami wokoło – Omalos
  • trekking po zboczu najdłuższego kanionu w Europie – Samaria
  • noclegu w rodzinnym hotelu z fantastycznym basenem dla dzieci
  • chwili zadumy i zagadek związanych z mnichami i ich trybem życia – Moni Arkadiu
  • zagłębienia w kulturę minojską – pałac w Knossos
  • greckie mity – wojna trojańska, podróże Odyseusza i inne mity po angielsku
  • stalaktyty, stalagmity i stalagnaty w jaskini Zeusa – jaskinia Dikte
  • ruszające się dinozaury w Muzeum Natury w Heraklionie
  • symulacja trzęsienia ziemi i edukacja z tym związana
  • degustacja lokalnych owoców morza, herbat, fety, oliwek, oliwy oraz rakiji
  • spacer po grecko-wenecko-biznatyjskiej mieszance architektonicznej w Hanii z Greczynką Ioanną, która studiowała w Krakowie

Po przylocie do Hanii odebraliśmy wynajęty wcześniej samochód, wpakowaliśmy do niego przywiezione z Polski foteliki i ruszyliśmy na najbliższą plażę, aby skorzystać z morza i pogody! Wkrótce zaparkowaliśmy obok małej zatoczki, gdzie dzieciaki wskoczyły na skały i zaczęły odkrywać świat – oprócz ostrej lokalnej roślinności i przeróżnych skalnych formacji wspólnie odkrywaliśmy resztki rozbitych krabów (ogromne szczypce!), żywe jeżowce oraz ich połamane, porozrzucane skorupki oraz różnorakie muszle – niektóre wciąż zamieszkane przez małe kraby.

kąpiel w Morzu Kreteńskim

Na noc przedzieraliśmy się przez góry wykonując slalom wokół niczym nie przejmujących się kóż kreteńskich Kri-kri (gatunek naturalizowany – to zdziczali potomkowie pierwszych kóz hodowlanych, które dotarły na wyspę). Kozy te spędzają noc na asfalcie aby korzystać ze zgromadzonego w nim ciepła, a więc śpią i sikają pod siebie, co rankiem zostawia mozaikę plam moczu na asfalcie.

Kri Kri czyli kozy z Krety

Trafiliśmy do górskiego domku, który był śliczny, ale zimny. Należało go ogrzać ogniem z kominka, co zaraz uczyniliśmy. Spędziliśmy więc wieczór w zapachu ognia, oglądając fajny film i grzejąc się ciepłem kominka. Następnego dnia, po porannym czytaniu Kacpra, ruszyliśmy na spacer po kanionie.

górska chatka

poranne czytanie

Oczywiście nie jest łatwe przejść 8-kilometrowy kanion z trójką wciąż małych, lecz za dużych na noszenie, dzieci. Dlatego nasz spacer był powolny i nie zeszliśmy nawet do dna kanionu. Za to widoki były prześliczne, a duma z naszej wędrówki przeogromna.

wejście do kanionu Samaria

kanion Samaria

muł jako jedyny środek transportu w kanionie Samaria

Na nocleg trafiliśmy do super przyjemnego hotelu w Retimno, gdzie mieliśmy wspaniały, ciepły pokój z widokiem na przyjemny rodzinny basen. Od razu wskoczyliśmy do wody, która dla Greków była już za zimna na kąpiel, ale nic to dla Polaka! To samo uczyniliśmy dnia następnego, po przepysznym śniadaniu, które odpowiadało nawet moim, najbardziej wybrednym gustom.

basen dla małych i dużych w naszym hotelu

Znów górskimi drogami dojechaliśmy do monastyru Arkadiu, który jest jednym z najbardziej polecanych miejsc na Krecie. Rzeczywiście jego odosobnione położenie, śliczna architektura i ascetyczne cele wciągają w klimat mnisiego życia. Udało nam się zdobyć zainteresowanie chłopców poprzez wymyślanie zagadek dotyczących otaczających nas przedmiotów, między innymi wirówki do miodu, wielkich tac do wkładania chleba do pieca, waz na wino czy biblijnych scen z obrazów.

monastyr Arkadiu – wejście

monastyr Arkadia – widok z krużganka

świeca dla Babci

w monastyrze

Na noc dotarliśmy do Heraklionu, aby o świcie dnia następnego ruszyć na zwiedzanie pałacu w Knossos. Już wcześniej opowiadałam chłopcom o tym miejscu, a tuż przed wejściem do obiektu kupiliśmy tematyczną książkę po angielsku. W pięknych okolicznościach knossowskich ruin zagłębialiśmy się w mity greckie, tłumacząc je z angielskiego na polski i szukając ich śladów w otaczających nas budynkach. Wyobraźnię chłopców szczególnie pobudził mit o Minotaurze i poszukiwania jego labiryntu w ruinach pałacu.

pałac w Knossos i nasza inspiracja

pałac w Knossos – byki czczone jako święte zwierzęta

pałac w Knossos – sypialnia królowej

Po południu wyruszyliśmy do jaskini Dikte (Psychro) – miejsca, gdzie według mitów greckich urodził się Zeus i pozostał tu na wychowanie tancerek, aby nie zostać pożartym przez swego ojca. W jaskini podziwialiśmy stalaktyty, stalagmity, stalagnaty oraz makaroniki pięknie podświetlone kolorowymi lampkami. Przypomnieliśmy też sobie zwiedzaną w Patagonii jaskinię Milodona, gdzie znaleziono szczątki tego olbrzymiego wymarłego ssaka.

jaskinia Dikte

Cały jeden dzień poświęciliśmy na poznanie największego miasta Krety – Heraklionu. Nie zostaliśmy jednak oczarowani tym miastem, zdecydowanie piękniejsze są Retimno oraz Hania. Zachwyciło nas jednak polecane w przewodnikach Muzeum Historii Naturalnej – piękne i nowoczesne muzeum pod patronatem Uniwersytetu Krety. To muzeum jest nie tylko bardzo obszerne, ale, co dla zwiedzania z dziećmi jest bardzo ważne, posiada:

  • interaktywną salę odkryć dla dzieci (odkrywanie kości mamutów, nocne zwierzęta, kolekcja żółwi, doświadczenia z mikroskopem, teatr leśny)
  • kino z bardzo dobrym filmem o dinozaurach (narracja po angielsku)
  • doświadczenia z iluzjami optycznymi
  • ruszające się dinozaury naturalnej wielkości
  • symulator trzęsienia ziemi

Ostatnia atrakcja – symulator – to niepozornie wyglądający podest z biurkami i krzesełkami, niczym szkolna klasa. Po zamknięciu jednak podest rusza się i symuluje kilka trzęsień ziemi. Można poczuć, co znaczy 5 lub 7 w skali Richtera, jak również dowiedzieć się co robić w przypadku trzęsienia ziemi (szukać solidnego stołu i chwycić się jego nogi). Było to bardzo ciekawe doświadczenie i spowodowało, że wszyscy zapamiętaliśmy wizytę w tym muzeum.

iluzje optyczne w Muzeum Historii Naturalnej

symulator trzęsienia ziemi

Kreta to również wrażenia kulinarne. Nie jesteśmy zwolennikami jadania w restauracjach, ale zdecydowanie uwielbiamy lokalne jedzenie, a najbardziej lubimy kuchnie uliczne 🙂 Jednakże Kreta to nie Azja, tutaj na ulicy można kupić zaledwie owoce. Aby spróbować ośmiornic czy małż musieliśmy udać się do restauracji. Za to ser feta, oliwki, oliwę, lokalne wina czy nawet rakiję kupowaliśmy w sklepach bądź lokalnych marketach. Skosztowaliśmy też baklawy, chałwy oraz herbat z kreteńskich ziół, które ponoć mają zdrowotne działanie.

świeże ryby na ulicach Heraklionu

Na koniec wyprawy czekało nas najpiękniejsze miasto wyspy, czyli Hania. Pod względem estetycznym uliczki tego miasteczka są przecudowne. Niestety jako rodzice wciąż musieliśmy odganiać dzieci od sklepików z pamiątkami, co ogromnie nas zmęczyło. Wieczorem jednak spotkaliśmy się z Ioanną – dziewczyną z Couchsurfingu, która nie mogła nas ugościć, ale bardzo chciała nas poznać i pokazać nam swoje miasto. Najwspanialszy z tego spotkania był jej uśmiech i zrozumienie – Ioanna jest nauczycielką nauczania początkowego z powołania, spacerując z nami patrzyła na nasze dzieciaki i z błyszczącymi oczami stwierdziła: “Widać, że to są bardzo szczęśliwe dzieci”. Było to ogromnie budujące i jednocześnie otwierające oczy – bieganie, skakanie i wygłupy naszych dzieci to dla niej nie “niegrzeczne zachowanie”, ale “szczęśliwe dzieciństwo”. Pomyślałam: “Tak właśnie na to chcę patrzeć i tak to zapamiętać” 🙂

greccy grajkowie w Hanii

uliczki, w których aż prosi się zagubić – Hania

koty to najczęstsze zwierzaki miast greckich

————-

* ferie jesienne, gdzieniegdzie zwane feriami kartoflanymi powstały w czasach, kiedy dzieci szkolne potrzebne były do pomocy w wykopkach ziemniaków. Są to więc dwa tygodnie października, kiedy dzieci mają wolne w szkole, a które my wykorzystujemy oczywiście na podróże