Nietolerancja pokarmowa a przyszłość Ziemi


W sobotę zrobiłam sobie test na nietolerancję pokarmową. Był to efekt kilkuletniej, bezowocnej próby wyleczenia zmian skórnych na dłoni, przypominających reakcję alergiczną. W momencie odkrycia owej nietolerancji pokarmowej moja codzienność uległa ogromnej zmianie. Odtąd czytam etykiety na wszystkich produktach i wybieram bardzo uważnie produkty do jedzenia. Muszę unikać pszenicy, mleka, jaj, drożdży i orzechów. W sytuacjach towarzyskich jestem zmuszona odmawiać sobie wielu potraw, co kończy się długim tłumaczeniem. Jem kilka razy dziennie, więc kilka razy dziennie rozmyślam nad tematem i z czasem dowiaduję się coraz więcej.

Otóż wygląda na to, że nietolerancja pokarmowa to choroba, która pojawiła się w dopiero przeciągu ostatnich 20 lat! Nie było jej wcześniej, tak jak nie było takiej ilości przetworzonej żywności, masowej produkcji wszystkich dóbr, w tym mięsa, poziomu zanieczyszczeń w miastach, ilości dodatków w chemii domowej i kosmetykach. Nie wiadomo dokładnie skąd się bierze i jej objawy są bardzo nieoczywiste. Mówi się o podłożu genetycznym, konserwantach i dodatkach do żywności, ilości metali ciężkich w powietrzu (odpowiedzialne zwłaszcza za nietolerancję laktozy), przesadnym dbaniu o higienę, czy wyjałowieniu jelit poprzez antybiotyki.

Wszystkie te tematy absorbowały mnie już wcześniej. Od jakiegoś czasu próbuję odżywiać się omijając produkty faszerowane dodatkami (polecam książkę „Zamień chemię na jedzenie” Julity Bator), unikam mięsa z nieznanych źródeł (powody: faszerowanie antybiotykami oraz względy etyczne), boleję nad ilością spalin w powietrzu i niegospodarnością ludzkości, z obawami obserwuję skutki efektu cieplarnianego (nie ma zimy w zimie!), aby zmniejszyć mój „ślad węglowy“ jeżdzę rowerem do pracy i spędzam dużo czasu na świeżym powietrzu, aż wreszcie staram się omijać antybiotykoterapię dla siebie i dzieci.

Niestety, „dopadła“ mnie nietolerancja. Dodatkowo jestem pewna, że dopadła dużo więcej osób, jest tylko jeszcze nie zdiagnozowana. Mam wręcz futurystyczne przeczucie, że to odpowiedź Natury na nasze bezwzględne manipulowanie przy niej – zmiany genetyczne w pszenicy, przetwarzanie mleka, nie dbanie o powietrze (a o kieszeń przemysłu petrochemicznego), wreszcie industrializacja hodowli zwierząt i masowe karczowanie „płuc ziemi“.

Na wszystkie moje obawy odnośnie niszczenia przez nas Ziemi i Natury zawsze odpowiadałam sobie „Ziemia to wszystko przetrwa, ale pewnie my, jako Ludzkość, nie przetrwamy“. Marne pocieszenie, dosuwające jednak odpowiedzialność z „teraz” na „nieokreślone kiedyś”. Tymczasem to już się dzieje – choroby cywilizacyjne, obecne od wielu lat, których przyczyny nie są poznane (są podejrzenia, że rak może być wywoływany nadmierną konsumpcją pszenicy), alergie, nietolerancje.

Fakt, jest nas coraz więcej (od kilkudziesięciu lat przyrost 1 miliard na 12 lat!), coraz dłużej żyjemy, mamy najniższą śmiertelność wśród niemowląt, nasza medycyna stoi na fantastycznym poziomie. Jednak wciąż dalej trujemy siebie i Ziemię, powoli, systematycznie i bezwzględnie. Przy okazji, dla własnego pełnego brzucha, urządzamy też holocaust zwierzętom.

Cóż więc mam myśleć o tej naszej Ludzkości? Świetne technologie, algorytmy, pierwsze SI, a tymczasem głupota w dostrzeganiu najprostszych mechanizmów: trujemy siebie, niszczymy Ziemię, masowo eksploatujemy i mordujemy „małych braci“.

Inteligentna cywilizacja, która to wie, ale udaje, że nie widzi. Woli inwestować w zbrojenie, straszyć sąsiadów wojnami lub fascynować się abstrakcyjnymi wydarzeniami w sieci, podczas gdy ignoruje to, co dzieje się z Ciałem, Ziemią i Zwierzętami. Przedziwny przypadek „inteligencji“, nieprawdaż?