Jak znaleźć mieszkanie w Berlinie?


Jesteś bardzo uparta, Basiu, ale Angela Merkel jest jeszcze bardziej uparta

Tak przywitała mnie dziś rano moja mama. Wczoraj w środku nocy wróciliśmy z Berlina z pustymi rękoma. To był nasz drugi wypad do Berlina, drugi tydzień szukania i nic… Powaliły nas formalności niemieckie.

W pierwszym tygodniu byliśmy gośćmi Nory z Couchsurfingu oraz Pauliny – Majowej Mamy. Dostaliśmy szereg wskazówek jak szukać mieszkania. Nora pomogła nam z pierwszym telefonem odnośnie mieszkania. Dowiedziała się z niego, że nasza rodzina nie może mieszkać w 3-pokojowym mieszkaniu, bo jest za małe w mniemaniu wynajmujących, oraz, że nie mamy szans bez „świętych” dokumentów: Schufa-Auskunft (zaświadczenie o braku zobowiązań) oraz Mietschuldenfreiheitbescheinigung (fajne słowo, co? To dokument od wcześniejszego wynajmującego o niezaleganiu z płatnościami). Obejrzeliśmy też pierwsze mieszkanie, którego stan był fatalny i szybko stamtąd uciekłam.

going to berlin

Wróciliśmy do Polski, aby przygotować się do drugiego uderzenia. Pod koniec tygodnia ruszyliśmy do Belina. W zanadrzu mieliśmy listę kilku mieszkań i umówione trzy terminy oglądania (Besichtigungstermine). Niestety, mieszkania były fatalne. Mimo to na każde z nich składałam papiery, bo zgodnie z radami Nory i wszechwiedzącego Internetu na spotkania trzeba przychodzić z kompletem papierów i od razu składać wniosek.

Pod koniec tygodnia dostałam telefon, że właściciel jednego z mieszkań mógłby nam wynająć mieszkanie, chciałby jeszcze potwierdzenie, że na trójkę naszych dzieci bierzemy Kindergeld, czyli zasiłek. Niestety nie bierzemy, bo jeszcze nie mieszkamy w Niemczech. A czy mąż ma pracę? Nie ma, bo ktoś musi pomóc z dziećmi na początku, zanim dostaniemy przedszkole. Mamy za to inne dokumenty… Niestety, agencja się więcej nie odezwała.

Ruszyliśmy na weekend do Polski. Zrelaksowaliśmy się na Zlocie Pojazdów Militarnych w Bornym Sulinowie, trochę powłóczyli po Szczecinie i w poniedziałek dalej do Berlina. Mieliśmy jedno oglądanie. Wreszcie piękna dzielnica, śliczne mieszkanie, jest nowa kuchnia (a zwykle kuchni nie było), plac zabaw w podwórzu, wokół dużo przedszkoli. To mieszkanie rzeczywiście mi się podoba. Deklaruję, że jestem zachwycona mieszkaniem, mam takie a takie dochody i papiery na te dochody, że biorę, jeśli mi tylko dadzą. Jest miło. Na drugi dzień dostaję maila z zapytaniem, czy aby 3 pokojowe mieszkanie nie jest za małe na trójkę dzieci. Załamanie..

We wtorek wieczorem jesteśmy okropnie zmęczeni poszukiwaniami. Cały czas mieszkamy w naszym kamperze, jak prawdziwi hipisi w berlińskim Kreuzberg. Przeczesujemy internet, piszemy, dzwonimy, kserujemy papiery, a poza tym rozwiązujemy problemy logistyczne typu: zatankować wodę, wylać brudy, kupić i ugotować jedzenie, wyprać ubrania, „wybiegać” dzieci. Jestem wykończona.

Ale co robić dalej? Nic nie mamy umówione, ogłoszenia kiepskie.. Zapada decyzja: wracamy do Polski. Może odpoczniemy kilka dni i coś nam wpadnie do głowy. A może rzucić ten Berlin i jechać w świat? Wracamy więc i w środku nocy zwalamy się do Babci i idziemy spać.

Dziś środa. Po nocy przespanej w ogromnym łóżku, po długim, gorącym prysznicu, po spacerze po okolicy i wybawieniu się dzieci wreszcie czujemy oddech. Po południu przychodzi mail:

Frau Barbara, podpiszemy z Panią umowę od 1-go września. Prosimy potwierdzić, bo inni czekają. Beste Grüsse

O rany, mamy mieszkanie!

Jak to zrobiliśmy?

Nora powiedziała piękne słowa: „To wygląda bardzo skomplikowanie, ale to tylko system. Jak go poznacie, to uda się wam go rozpracować”. Rzeczywiście.

Po telefonie z agencji, która dopytywała mnie o Kindergeld i pracę męża zrozumiałam, że właścicielom mieszkania zależy na tym, aby wiedzieć, że mamy „kasę”. Moja praca nie wystarczy, musi być coś więcej. Dodatkowo Niemcy lubią Ordnung (porządek), a więc ładnie wypunktowane, wypisane, oznaczone. Dla tej właśnie agencji przygotowałam poważnego maila, gdzie opisałam jak ważną pracę wykonuję, jak dużo będę zarabiać, jak mało prawdopodobne jest, że zostanę zwolniona. Pokazałam oszczędności, które zrekompensują brak pracy męża podczas pierwszych miesięcy, kiedy będziemy szukać przedszkola dla dzieci. Opisałam, jak dobre wykształcenie ma mąż i jak szybko znajdzie pracę. Pokazałam, że mamy i wynajmujemy mieszkanie w Krakowie. Do każdego argumentu dołączyłam odpowiedni pdf z opisem po niemiecku (pit, zaświadczenie, umowa etc.). Mail nie podziałał w pierwszym przypadku, ale, ku mojemu zdziwieniu, podziałał w drugim i oto mamy mieszkanie!

Więc udało się. Po dwóch tygodniach poszukiwań mamy mieszkanie w Berlinie!

Dobra, dobra, bez emocji. To był wierzchołek góry lodowej. Teraz meldunek, przedszkola, szkoła, meble, przewóz rzeczy, ubieganie się o papiery… System, trzeba rozpracować, a potem … żyć po swojemu 🙂